6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój - zbiegacz.pl

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój – relacja!

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój był dla mnie biegiem”NAJ” pod kilkoma względami. Największym w jakim startowałem w górach, najtrudniejszym, z najbardziej przerąbaną pogodą. A najchętniej pobiegłbym go jeszcze raz!

jest dziwnie

Jadąc do Jedliny Zdrój byłem… cóż, powiedzmy, że na temat mojej kondycji psychofizycznej można byłoby długo dyskutować. Tydzień wcześniej startowałem w 6. Półmaratonie Sowiogórskim (o czym więcej tutaj), a trening na dwa dni przed Jedliną wyraźnie pokazał, że jeszcze się nie zregenerowałem. Zamiast odpoczywać noc zarwałem debatując z kolegą na tematy około biegowe i nie tylko. Właściwie to było nas trzech wliczając Jima Beama. Następnego dnia dałem się namówić na przejażdżkę rowerem po Psim Polu – dzielnicy Wrocławia, której praktycznie nie znałem. 53 km później wróciliśmy z wycieczki – kolega zadowolony, że zaraz zje pizzę, a ja ze świadomością, że to było zdecydowanie więcej niż powinienem przejechać. W końcu nazajutrz miałem pokazać kły w długodystansowym biegu górskim. Biegu, który rok wcześniej zdobył Złotą Kozicę jako najlepszy w swojej kategorii.

jest zimno

Jedlina przywitała mnie widokiem Gór Wałbrzyskich przypominających porośnięte lasem piramidy i zabłoconym parkingiem, z którego wyjechać było równie ciężko jak zdobyć Borową. Obrazu całości dopełniała listopadowa aura. Deszcz, wiatr i chłód powodowały, że niechętnie wysiadłem z samochodu aby rozruszać kości.

Mimo, że pogoda nie zachęcała do wychodzenia z domu na starcie pojawiło się około 800 osób gotowych sprawdzić swoją formę biegową. Wśród nich było kilka znanych mi z innych biegów twarzy, a także dwójka najszybszych zawodników poprzedniej edycji. Niska temperatura miała sprawić, że ci z nas, którzy nie zamarzną będą walczyć o dobry wynik. O ile wcześniej nie zakopią się w błocie… 

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój - zbiegacz.pl

Wystartowaliśmy ze stadionu na sygnał rycerskiego rogu, w który zadął jeden z kilku dzielnych wojów tworzących klimat tego wydarzenia. Bieżnia lekkoatletyczna szybko zamieniła się w asfalt, a czołówka stawiki zaczęła odjeżdżać peletonowi. Jakieś 5 km później zaczął się prawdziwy bieg…

 

jest sztywniutko

… a właściwie marszobieg. Podbiegi na trasie momentami były tak sztywne, że ciężko je nawet nazwać podbiegami. Dla zdecydowanej większości, w tym dla mnie, były to tylko częściowo biegalne podejścia. Umówmy się – podchodzenie pod górę u bardziej ambitnych zawodników może powodować pewne dolegliwości, takie jak ukłucie poniżej pleców. To dupa duma daje o sobie znać. O ile nie jesteś naprawdę mocnym kozakiem, to warto na jakiś czas wyzbyć się ambicji, oprzeć dłonie na udach i pokazać, że piechur też potrafi trzymać tempo. Zapewniam, że nogi za to podziękują w dalszej części dystansu. 

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój - zbiegacz.pl

Pierwsze kilometry minęły mi dość szybko i spokojnie. Tę część dystansu przegadałem z jednym z zawodników. Mniej więcej w połowie pierwszego podbiegu/podejścia jeden z członków ekipy podał informację, że zamykamy pierwszą pięćdziesiątkę. Jest dobrze – pomyślałem. Biorąc pod uwagę trudność trasy i kilka innych czynników, o których pisałem we wstępie liczyłem, że fajnie będzie zakończyć zawody w pierwszej setce.

Mój kolega, który walnie przyczynił się do tego, że zacząłem biegać w górach był bardziej wymagający w swych oczekiwaniach. 1:50:00 to był czas, w którym wg niego miałem się uporać z całą trasą. Dodam tylko, że to on “zadbał” o moją formę przez te dwa dni przed zawodami…

jest technicznie

Jak się miało niedługo okazać prawdziwa stromizna zaczęła się przed Borową. Nachylenie było tak duże, że przez chwilą zacząłem się zastanawiać czy w ogóle dam radę tam wejść. O wbiegnięciu nie mogło być mowy. Na szczycie przywitała nas mgła i temperatura w okolicach 0 stopni Celsjusza. Animuszu dodawała ekipa orgów zagrzewająca do dalszego biegu. Mnie nie musieli długo namawiać, bo za chwilę miała się zacząć moja ulubiona część każdego z biegów anglosaskich – zbieg. 

O ile lubię techniczne zbiegi i nie mam blokady, aby puścić nogę, to muszę przyznać, że początek zbiegu z Borowej pokonałem dość zachowawczo. Bardzo duże nachylenie w połączeniu z kamieniami i korzeniami pokrytymi błotem tworzyło zabójczą mieszankę. Naprawdę trzeba było mocno uważać, aby nie skończyć wtulonym w jedno z drzew. Ale o to właśnie chodzi w technicznych zbiegach – gdyby były łatwe nie dawałyby tyle frajdy. W myśl zasady, że dwie gleby trzeba wliczyć w koszty zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. W pewnym momencie miałem wątpliwości, czy to nie bieg typu OCR, bo ilość błota w niektórych miejscach była tak duża, jakby ktoś celowo je tam zwiózł. 

jest premia górska

W niektórych sportach, np. w kolarstwie można spotkać się z premiami, za wygranie poszczególnych etapów wyścigu. Tak się składa, że moją premią na trasie 6. Półmaratonu Górskiego Jedlina Zdrój była butelka whiskey rodem z Kentucky. Aby ją wygrać musiałem tylko wbiec na metę przed jednym z dwóch zawodników wyznaczonych przez mojego wcześniej wspomnianego kolegę. Tak się szczęśliwie złożyło, że mniej więcej w połowie wyścigu wyprzedziłem jednego z nich. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa nerwówka. Po wynikach z ubiegłego roku wiedziałem, że rywal jest ode mnie mocniejszy. Góry mają jednak to do siebie, że przetasowania zawodników z biegu na bieg potrafią być naprawdę duże. Ktoś, kto wklepuje nam kilka minut dzisiaj, za tydzień może być za nami. Licząc, że to jest mój dzień postanowiłem dowieźć premię do mety. Dodatkowa motywacja sprawiła, że podkręciłem tempo.

Wraz z upływem kilometrów zbieg stawał się coraz łagodniejszy, aż w końcu przerodził się w kolejne strome podejście. Na szycie znajdowały się ruiny a przy nich rycerze mocno zagrzewający do walki. Wojacy swoimi okrzykami zrobili tak dobrą robotę, że nie sposób było nie zerwać się do biegu. Zwłaszcza, że za chwilę teren znów się wypłaszczył. 

jest tunel

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój zaoferował trasę bardzo urozmaiconą, a jedną z dodatkowych atrakcji był najdłuższy w Polsce tunel kolejowy o długości jednej mili. W końcu mogłem wykorzystać czołówkę, którą taszczyłem przez ostatnie 14 km. Wewnątrz tunelu było ciemniej niż się spodziewałem, a strumień światła ustawiony na średnią moc okazał się niewystarczający. Brak wprawy w obsłudze czołówki sprawił, że próba rozjaśnienia skończyła się całkowitym zgaszeniem światła. Kilkadziesiąt kolejnych metrów biegłem trochę na ślepo, wpatrując się w światło zawodników przede mną i jednocześnie szarpiąc się, ze swoją latarką. Gdy wreszcie udało się opanować sytuację, mogłem cieszyć się tunelem w pełniej krasie. Dodatkowym smaczkiem były emitowane z głośników komendy w języku niemieckim. Wypowiadane zdecydowanym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. Nie wiem czy takie było zamierzenie orgów, ale ja w tym momencie odruchowo przyspieszyłem…

jest dobrze

Po wybiegnięciu z tunelu złamałem jedną ze swoich podstawowych zasad i obejrzałem się za siebie. Wysłany sygnał był czytelny – słabnę. Musiałem jednak skontrolować, czy rywal z którym walczę nie zaczyna się zbliżać, a “premia górska” oddalać. Nie zauważyłem go. Przeciąłem ulicę zabezpieczoną przez policję (pozdrawiam cierpliwie czekających kierowców) i ponownie wbiegłem do lasu, gdzie czekał kolejny podbieg. Miałem nadzieję, że to już ostatni, bo zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać.

W pewnym momencie droga zawijała mocnym łukiem, co wykorzystałem aby dyskretnie skontrolować sytuację za plecami. Nie widzę go. Zdenerwowanie rosło wprost proporcjonalnie do zmęczenia. Jest dobrze, będziesz przed nim – próbowałem się uspokoić.

jest źle

Gdy tylko poczułem kolejny zbieg wcisnąłem gaz w podłogę. Umówmy się – za wiele sił już nie miałem, ale chciałem maksymalnie wykorzystać swój atut. W okolicach 19-go kilometra Góry Wałbrzyskie po raz ostatni chciały mnie złamać. Szczerze mówiąc na widok kolejnego podbiegu miałem ochotę odpuścić i przejść do marszu. Wtedy po raz kolejny obejrzałem się za siebie i pierwszy raz od ośmiu kilometrów zobaczyłem mojego rywala. Niemożliwe! – pomyślałem. To jest niemożliwe! 

Od czasu jak go wyprzedziłem, aż do teraz napierałem na granicy swoich możliwości. Nie miałem pojęcia jakim cudem odrobił straty… Wiedziałem natomiast jedno – było zbyt blisko mety, żebym tak po prostu się poddał. Wbiegłem na wzniesienie najszybciej jak byłem w stanie, po czym ruszyłem w dół. Leśna droga zamieniła się w brukowe schody o małym nachyleniu i szerokich stopniach. Początkowo całkowicie wybiły mnie z rytmu. Mój krótki krok zupełnie do nich nie pasował. Po chwili jednak dostosowałem się do sytuacji i zbieg nabrał szybszego tempa. Niedługo później kostka brukowa ustąpiła miejsca asfaltowi i po raz drugi tego dnia zobaczyłem stadion. Od mety dzieliło mnie jakieś półtora kilometra. Nerwowo zerknąłem za siebie i ponownie podkręciłem tempo. Cel był w zasięgu wzroku. Droga zakręciła o 180 stopni, zostało kilkaset metrów. Rozejrzałem się po zawodnikach, którzy byli jeszcze przed nawrotem. Nie ma go…

jest meta

Wreszcie wpadłem na stadion! Byłem tak potwornie zmęczony, że w pierwszym momencie zapomniałem odebrać medal za ukończenie. Nieważne. Liczyło się tylko to, że dałem z siebie wszystko, a robota została wykonana tak jak trzeba. Okazało się, że człowiek, który napędził mi stracha ma 19-tym kilometrze nie był tym, za którego go wziąłem. Moja pomyłka sprawiła jednak, że przesunąłem pewną granicę w głowie i wykrzesałem z siebie więcej niż – jak mi się wtedy wydawało – mogłem. 

6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój - zbiegacz.pl

Cały ten wysiłek zamknięty w ramach liczbowych przedstawia się następująco:

  • czas: 1:49:25
  • miejsce open: 36
  • miejsce w M30: 17

 

Zawody w limicie czasowym wynoszącym 4h ukończyło 688 osób, natomiast poniżej 2h zeszło 92 zawodników. W mojej opinii, żeby na tej trasie złamać barierę 2h naprawdę trzeba już trochę biegać. Tym większym szacunkiem darzę rezultat zwycięzcy, który dobiegł z czasem 1:25:57. To naprawdę niesamowity wynik, zwłaszcza na tak trudnej trasie. Nie jest przecież tajemnicą, że złamanie 1:30:00 nawet na płaskim półmaratonie stanowi barierę nie do przeskoczenia dla wielu biegaczy. Jeśli ciekawi was jak wyglądał 6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój z perspektywy zwycięzcy albo chcecie wiedzieć jak trenuje odsyłam was do jego bloga.

jest naj

Jeśli o mnie chodzi 6. Półmaraton Górski Jedlina Zdrój był biegiem”NAJ” pod kilkoma względami. Największy w jakim startowałem w górach, najtrudniejszy, z najbardziej przerąbaną pogodą. A najchętniej pobiegłbym go jeszcze raz! Bo był po prostu najlepszy! Dzięki rycerzom miał klimatyczną oprawę, tunel sprawiał wrażenie jakby się biegło w nocy, a trasa… była epicka! Bardzo urozmaicona, ładna i szalenie wymagająca. Własnie taka jaka powinna być! Ten bieg w przyszłym roku z pewnością znajdzie miejsce w moim kalendarzu.

Cóż mogę jeszcze napisać… Jestem zadowolony! Wszystkie założenia przyjęte na ten bieg zostały jakimś cudem spełnione. Hmm, na pewno cudem?

“Udany bieg to nie fart. Czasem kiepski bieg to przypadek losowy, ale dobry bieg zdarza się dlatego, że potrafisz.” – Jack Daniels

 

PS.

Fotografie wykorzystane we wpisie zostały wykonane przez: organizatorów, JackBerry – Jacek Urbanowicz oraz Fotoportal.

 

O autorze

zbiegacz

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.