6. Półmaraton Sowiogórski

6. Półmaraton Sowiogórski – relacja!

Na początek sezonu biegowego 2019 czekałem jak na 18-te urodziny, a pierwszym rozpakowanym prezentem było małe terenowe cacko do zadań specjalnych – 6. Półmaraton Sowiogórski. Wrażenia z jazdy poniżej.

Góry to nie asfalt

Ten rok w moim bieganiu jest w pewien sposób szczególny. Pierwszy raz solidnie przepracowałem całą zimę. Sporo biegów w pofałdowanym terenie, baza zrobiona w drugim zakresie i głód ścigania mają być moimi głównymi atutami w najbliższych miesiącach. Forma biegowa wydaje się być lepsza niż kiedykolwiek, dlatego do Ludwikowic Kłodzkich jechałem mając przeczucie graniczące z pewnością, że poprawie zeszłoroczny wynik. To miała być tylko formalność.

Jak wiadomo góry to nie asfalt i tutaj nie można tak łatwo porównywać rezultatów rok do roku. Muszę jednak obiektywnie przyznać, że warunki aby poprawić czas były sprzyjające. Trasę już znałem (miała być bez zmian), dlatego wiedziałem, jak rozłożyć siły – na pewno  lepiej niż rok temu. Wtedy to przez ostatnie 3 km pływałem na miękkich nogach i przyglądałem się bezradnie kolejnym wyprzedzającym mnie zawodnikom. Tym razem miało być inaczej. Aura nie była najgorsza, chociaż wskazywałaby bardziej na marzec niż początek maja. Około 10 stopni Celsjusza to jednak całkiem dobra do biegania temperatura, dlatego 6. Półmaraton Sowiogórski rozpocząłem dość szybkim jak na mnie tempem.

kierunkowskaz, lewy pas i wyprzedzamy!

Przez pierwsze półtora kilometra trzymałem się w okolicach siódmego miejsca. Wiedziałem jednak, że niedługo będę musiał zwolnić. Po pierwsze – za chwilę czekał mnie mocny podbieg. Po drugie – próba utrzymania się na siłę w czołówce stawki zebrałaby swoje żniwo w postaci odcięcia prądu w dalszej części biegu. Dlatego pod górę puściłem kilka osób, którym miałem zamiar zrewanżować się na zbiegu. Priorytetem w tym momencie było aby się zbyt wcześnie nie ugotować. Po około 4 km trasa w końcu pochyliła się ku dołowi. A skoro zbieg no to klasycznie – kierunkowskaz, lewy pas i wyprzedzamy! Zbyt długo to jednak nie trwało, wszak pierwsze 13 km Półmaratonu Sowiogórskiego to w zdecydowanej większości wspinaczka, którą wieńczy zdobycie Wielkiej Sowy.

Druga część drogi na szczyt przerodziła się w kilkuosobową wojnę na wyniszczenie. Na plecach wiózł mi się zawodnik, o którym wiedziałem, że jest mocniejszy ode mnie (rok temu 3 minuty przede mną) i że dzień wcześniej biegł Sowiogórską Dychę, co na pewno uszczupliło jego siły. Sumując zmęczenie rywala i moją formę z równania wyszło, że jest “do porobienia”. Tuż za nim był kolejny, którego niedawno wyprzedziliśmy. Wydawało się, że zaczyna słabnąć. Ja z kolei stałem się lokomotywą napędzającą pościg za trójką zawodników z przodu. 

6. Półmaraton Sowiogórski

 
trochę biegania, trochę szachów

Umiejscowiony w okolicach szóstego kilometra pierwszy punkt odżywczy stworzył okazję do “odczepienia wagonów” . Kiedy rywale za plecami skręcili po kubki z wodą postanowiłem wykorzystać wypłaszczenie trasy i podkręcić tempo. Wiedziałem, że próba odrobienia straty będzie ich sporo kosztować. Tuż za punktem pomiaru czasu na 7,5 km nachylenie terenu po raz kolejny poddało nas próbie charakteru. Widziałem w tym szansę na zmniejszenie dystansu między mną, a uciekającą trojką, która zgodnie przeszła do marszu. Jednocześnie mogłem wysłać jasny przekaz do tych z tyłu, że czuję się dobrze i ani myślę zwalniać. To był oczywiście blef, który miał ich zniechęcić do dalszej walki. Podbieg kosztował mnie sporo sił ale wiedziałem, że za kilkadziesiąt metrów się wypłaszczy, a wtedy odpocznę jednocześnie utrzymując swoją pozycję. Ta w międzyczasie uległa poprawie, bo udało się “łyknąć” jednego z rywali. Dwóch kolejnych przede mną nadal nie odpuszczało.

W tym samym czasie ktoś z tyłu odrobił straty i tuż przed Wielką Sową przyszło nam powalczyć o pozycję. Stawką było pierwszeństwo na zbiegu. A ten prowadzący z Wielkiej Sowy, zwłaszcza w początkowej fazie, jest wąski i trudny technicznie. Tu nie ma zbyt wielu okazji do wyprzedzania, dlatego aby uniknąć zatoru trzeba być na czele. Krótki sprinterski pojedynek przesądził, że to ja mogłem dyktować tempo. Spora ilość śniegu i błota, którą zastaliśmy na górze nie pozwalała poczuć pewności kolejnych kroków. Gdy tylko nawierzchnia odrobinę się poprawiła przeskoczyłem o jedno miejsce wyprzedzając kolejnego z rywali. Z następnym miało nie pójść już tak łatwo, gdyż dobrze sobie rodził z technicznym zbiegiem. Doskoczyłem na odległość kilku metrów dopiero gdy zaliczył wywrotkę tracąc przyczepność na błocie. Uśmiechnąłem się, bo w zeszłym roku “pocałowałem glebę” mniej więcej w tym samym miejscu. Ale nie tym razem.

6. Półmaraton Sowiogórski

 
podano do stołu

Zbieg trwał w najlepsze, a uda rozbijały się niczym schab, zanim stanie się kotletem na niedzielnym obiedzie. Na szczęście rywal musiał czuć się jeszcze gorzej. Zaczął zwalniać, a gdy na liczniku mieliśmy około 17 km i zaczęły się lekkie podbiegi… no cóż, powiedzmy, że schabowy został podany. Ze mną nie było wiele lepiej. Co prawda nie miałem jeszcze takiego kryzysu jak rok wcześniej ale i tak nie byłem w stanie odeprzeć ataku gościa, który właśnie mnie dogonił. Zapewne to z nim ścigałem się tuż przed Wielką Sową. Tym razem to on był górą.

Kilometr dalej czekała nas niespodzianka – zmiana trasy. Pocałunek śmierci w postaci kilkudziesięciometrowej ściany o nachyleniu w okolicach 20 %. Na ten widok oczy wyszły mi z orbit. Pier***lę, dalej nie biegnę! – pomyślałem. I nie chodziło o to, że nie będę biegł jak już do niej dotrę za te 200-300 metrów. Miałem ochotę przejść do marszu tu i teraz! Głowa chciała się poddać. Zacząłem analizować co będzie, jak ci z tyłu zobaczą, że ledwo człapię, że zaraz i na moim stole zagości schaboszczak. Zjedzą mnie na obiad. Nie mogłem do tego dopuścić. Pomyślałem sobie, że te wszystkie podbiegi na treningach, to całe jeżdżenie na Ślężę było właśnie dla tej chwili. Żebym teraz umierając na tej cholernej ścianie umierał biegnąc, a nie idąc. Decyzja zapadła.

7 sekund

Wkrótce los wynagrodził ten wybór, bo gość który niedawno mnie wyprzedził właśnie wiązał but. No to kierunkowskaz, lewy pas i wyprzedzamy. Trasa się wypłaszczyła, więc postanowiłem przyspieszyć i sprawdzić czy rywal ma jeszcze siłę się ścigać. Niestety miał. Na tyle dużo, że jakieś 2 km przed metą wypuściłem go na kilkanaście metrów i postanowiłem skupić się bardziej na utrzymaniu obecnej pozycji. Miałem poczucie, że wkładanie ostatków sił w tę walkę i tak nie przechyliłoby szali zwycięstwa na moją stronę. Od mety dzielił mnie jeszcze jeden podbieg, krótki zbieg i kawałek prostej.

Ostatnie metry pokonywałem w poczuciu bezradności mając rywala na wyciągnięcie ręki i wiedząc, że strata choć mała jest już nie do odrobienia. Z tym mogłem się jeszcze pogodzić. Prawdziwe rozczarowanie poczułem dopiero patrząc na zegarek.  Na metę wpadłem o 7 sekund wolniej niż rok temu. To chyba jakiś żart… Okazało się jednak, że zmieniając końcówkę trasy organizatorzy zafundowali nam dodatkowe 1,2 km i dorzucili dwa podbiegi gratis w stosunku do zeszłorocznej edycji. Biorąc pod uwagę powyższe jestem zadowolony z tego co nabiegałem.

6. Półmaraton Sowiogórski

 
podsumowanie

Czołówka zawodników tym razem nie była aż tak mocna jak podczas poprzedniej edycji. Jednak moja kategoria wiekowa – M30 doczekała się silniejszej niż poprzednio reprezentacji. Dość powiedzieć, że ostatnim razem byłem 17-ty w open i 4-ty w M30, a teraz 12-ty w open i dopiero 6-ty w M30.
O Półmaratonie Sowiogórskim w obecnym kształcie mogę powiedzieć, że to fajny bieg z wymagającą trasą, która potrafi dać tyle samo wycisku co satysfakcji. A o to przecież w tym całym bieganiu po górach chodzi – żeby poczuć, że było ciężko i że było warto.

Więcej informacji na temat tego i innych wydarzeń w Górach Sowich możecie znaleźć tutaj oraz tutaj.

Na koniec kilka słów o czynnikach w mojej ocenie kluczowych podczas takiego biegu:

  • jedzenie i picie miałem przy sobie: 250 ml izotonika i 100 g deseru na bazie owoców i mleka kokosowego pozwoliło zachować siły na dłużej i oszczędzić trochę czasu na punktach odżywczych
  •  buty: odpowiednio dobrane obuwie umożliwiło całkiem sprawne pokonywanie trudnych technicznie, częściowo ośnieżonych i zabłoconych zbiegów
  • mind games: napieranie kiedy inni zwalniają i nie obracanie się za siebie w czasie biegu powoduje, że w oczach rywali wyglądamy na mocniejszych niż się czujemy
  • znajomość trasy: dzięki niej wiadomo jak rozłożyć siły i kiedy warto przyspieszyć aby być pierwszym na wąskich ścieżkach, gdzie ciężko jest wyprzedzać
  • ryzyko: bez niego nie ma zabawy i na zbiegach trzeba je podjąć. Aby je zminimalizować skupiamy się na miejscach gdzie można bezpiecznie postawić krok, reszta nas nie interesuje

O autorze

zbiegacz

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.