fot. Piotr Dymus

Rudawy Maraton – relacja

Jak ciekawie spędzić czas? Sposobów jest wiele. Można np. wstać o nieludzkiej czwartej odmawiając sobie snu w sobotni, bardzo wczesny poranek, zjeść wysokowęglowodanowe śniadanie, wrzucić sprzęt do samochodu i wpisać w nawigację hasło: Schronisko Szwajcarka…

Tak właśnie zrobiłem ósmego lutego, a wszystko po to, by trzydzieści dziewięć ciemnych i śliskich kilometrów później przebierać się na tylnym siedzeniu mojego samochodu szykując się do swojego pierwszego biegu zimowego – Rudawy Maraton. Pozostało tylko zabrać kijki z bagażnika i ruszyć na spotkanie przygodzie. W tym samym czasie, na tym samym parkingu, kilkanaście metrów dalej dwóch dżentelmenów próbowało wypchać ze śniegu samochód koleżanki…

– Koła skręć! Koła skręć !

– A ręczny spuścić?

Tak… to powinno pomóc…

I pomogło – po krótkiej szarpaninie w końcu się udało. Moja szarpanina w Rudawach Janowickich miała trwać dłużej bo 43 km. I też miałem zacząć z zaciągniętym ręcznym, żeby nie przesadzić z tempem w pierwszej połowie dystansu. Spodziewałem się mocnego przeciorania, nie najlepszego wyniku, ładnych widoków i śniegu za kostki. I wiecie co? Dorzucili mi to wszystko w pakiecie!

Rudawy maraton – dzień pachnie jak początek (0-11 km)

Rudawy są zajebiste! – Może i nie jest to myśl najwyższych lotów ale właśnie ona pojawiła się w mojej głowie po kilku kilometrach trasy Maratonu. To było kilkaset metrów po forsownym podejściu na Sokolik i Krzyżną Górę (czyli charakterystyczne Janowickie Cycki), a tuż przed tym jak podczas zbiegu prawa noga straciła przyczepność na mieszaninie śniegu, ziemi i dużego nachylenia. Gleba była nieunikniona, a głuche uderzenie szybko zamknęło mi roześmianą japę.  O ja cież pier***! Piszczel właśnie przywitał się z wielkim kamolem, nad którym miałem przeskoczyć. Ostry ból szybko zadomowił się w lewej nodze i tak już sobie biegliśmy we dwójkę. Chwilę później byłem drugi raz tego dnia przy schronisku Szwajcarka. To tutaj ulokowano start i metę zawodów. Z tym, że dla mnie i reszty maratończyków nie była to jeszcze meta, a jedynie koniec kilkukilometrowej pętli, która rozgrzewała nas przed tym co miało nadejść. Tymczasem jednym z ciekawszych momentów tego etapu było przebiegnięcie przez ruiny Zamku Bolczów.

Rudawy Maraton
Ruiny Zamku Bolczów – fot. Piotr Dymus
Rudawy maraton – w końcu zima (11-19 km)

Tak naprawdę pierwsze dziesięć kilometrów było dość łatwe. Co prawda ukształtowanie terenu cały czas przypominało tor rollercoaster’a ale śnieg w ilości zwracającej uwagę biegacza pojawił się dopiero od 11-go kilometra.

Rudawy Maraton
profil trasy

Jeśli ktoś podobnie do mnie jest dość nikczemnego wzrostu (ok. 170 cm) no to Wołek zdobywał z łydką do połowy w śniegu. Ale komu to mogło przeszkadzać? Zmrożone drzewa, biel skrząca się w promieniach słońca i piękna panorama ośnieżonych Karkonoszy sprawiły, że właśnie na tym etapie zacząłem żałować, że wcześniej nie startowałem w zimowych zawodach. Doprawdy bajkowe to były widoki.

Rudawy Maraton
fot. Piotr Dymus
Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers

Po kolejnych kilku kilometrach ubijania białego puchu nie byłem już tak pewny swojej kompatybilności z zimową scenerią Rudaw. Zwłaszcza na odcinkach wiodących przez łąki, które wysysały energię niczym tryb “sport” paliwo.

Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers

Z tyłu głowy co jakiś czas pojawiała się obawa, że to całe zimowe przedsięwzięcie skończy się dla mnie jak Kamienna Trzydziestka – bieg, którego trasa wyszła spod ręki tej samej ekipy Chojnika. Właśnie dlatego starałem się oszczędzać i na zbiegach gdzie zwykle nadrabiam tym razem tuptałem spokojnie i pozwalałem się wyprzedzać. Pomijając ból w lewej nodze samopoczucie miałem całkiem dobre. Coś jednak było nie tak. Nie mogę powiedzieć, że złapał mnie kryzys. Był 17-ty kilometr – to za mało nawet jak na mnie, by mieć kryzys energetyczny. Zwłaszcza, że jadłem dość często. Poczułem uszczypnięcie w prawym udzie. Było tak subtelne, że mógłbym podważać jego prawdziwość. Wyjąłem batonik z daktyli i ziaren kakaowca i zjadłem go na raz, wiedząc, że to już nic nie zmieni. Niby człowiek wie, a jednak się oszukuje…

Rudawy maraton – deja vu? (19-25 km)

– Co dla Ciebie?

– Poproszę 1/3 kubka Coli

Ładny Buff 

– Dziękuję!

Buffy z Chojnika i Połowy Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej faktycznie są fajne i doskonale maskowały moją sytuację, która już taka fajna nie była. Tuż po wyjściu z punktu na 19-tym kilometrze, gdy zbliżałem się do jednego z Kolorowych Jeziorek złapał mnie mocny skurcz. Deja vu? Niezupełnie. Z deja vu jest tak, że nie potrafimy określić kiedy przeżywana sytuacja miała wcześniej miejsce. Ja potrafiłem określić dokładnie – 13 lipca 2019. Koszmar minionego lata powrócił. Mogłem zaprzeczać, zaklinać rzeczywistość, ale prawda była taka, że było po zawodach. Skurcze szybko przybierały na sile i częstotliwości, a do pokonania została ponad połowa trasy. Czy to się mogło udać? Mogło. A przynajmniej miałem taką nadzieję. 

Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers
Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers

Od tej pory przestałem biec nawet pod lekkie górki, a i po płaskim zdarzało się iść. Siłą napędową zamiast nóg stały się ręce uzbrojone w kijki. Starałem się biec kiedy skurcze odpuszczały i zaciskać zęby gdy ze ściśniętymi pachwinami i czwórkami musiałem pokonywać kilometry zbiegu w sporym śniegu. Mięśniowo poległem ale czacha jeszcze walczyła. Właśnie osiągnęła swoją temperaturę hartowania i trzeba było zrobić wszystko co możliwe, aby ją w tym stanie utrzymać. Na tyle długo, aż z tej całej gonitwy myśli zostanie jedna – dam radę!

rudawy maraton – game over (25-32 km)

Kiedy na 25-tym kilometrze grzązłem w śniegu gdzieś między Wielką Kopą a Skalnikiem, miałem już dość tego zimowego ścigania. Ból w przykurczonych mięśniach był tak duży, że przez przez jakiś czas nie mogłem zrobić kroku. Chciałem się poddać i gdyby w tym miejscu stał punkt odżywczy jestem prawie pewien, że bym to zrobił. Miałem ochotę wyciągnąć telefon, zadzwonić do Oli i poprosić, żeby przyjechała z kimś odebrać mnie z mety, bo sam raczej nie będę w stanie kierować. Z drugiej strony nie chciałem jej teraz martwić. Zadzwonię po wszystkim. 

Niedługo później (wtedy to była wieczność) dotarłem do drogi, którą łatwiej było się poruszać i przez kilka kolejnych minut pokonywałem trasę rozmawiając z innym zawodnikiem. Sporo starszy ode mnie człowiek z Brzegu Dolnego opowiedział mi chwilę o swoich dotychczasowych zimowych startach. Rozmowa pozwoliła oderwać się od negatywnych myśli, a wzmianka o Spacerze Murgrabiego w ramach Zimowego Janosika przywołała wspomnienie wrześniowego wyjazdu w Tatry. Dzięki temu chyba trochę odżyłem. ..

Rudawy maraton – koniec wieńczy dzieło (32-44 km)

…w każdym razie na tyle by jakoś wczłapać na najwyższy w Rudawach Skalnik i doturlać się do punktu na 32 kilometrze. A stąd było już zbyt blisko do końca by się poddać. Gdy wolontariusz zaproponował piwo – odmówiłem. Nie chciałem aby alkohol osłabił moją silną wolę dotarcia na metę. Napiłem się Coli. Byle do mety, byle do mety, byle do mety! Zjadłem ciastko. Już niedaleko, dam radę! Zjadłem drugie ciastko. Coś mi się jednak za tę silną wolę należy!

– Poproszę jednak to piwo. 1/3 kubka.

Tego mi było trzeba. Przez te kilka minut spędzonych na punkcie dogoniła mnie spora grupa. Wiedziałem, że jeśli piwo nie zatrzyma ich wystarczająco długo – większość mnie wyprzedzi. Mimo sytuacji w jakiej się znalazłem wciąż miałem w sobie chęć rywalizacji. Dodatkowo miałem nadzieję, że uda mi się przekroczyć metę przed upływem sześciu godzin. Aby tego dokonać musiałem jednak jeszcze trochę pobiegać. Sądząc po profilu w niedalekiej przyszłości czekało mnie mozolne 6 km wspinaczki na Rozdroże pod Bielcem, a później praktycznie do samej mety będzie z górki. Gdzieś tam tylko po drodze krótkie podejście na Starościńskie Skały. I właśnie to “krótkie podejście” okazało się zatrutą wisienką na i tak ciężkostrawnym torcie. Klasyczny przejaw sadyzmu organizatorów, którzy postanowili tak dla hecy wbić gwóźdź do trumny zmęczonego biegacza. Początek nie był najgorszy, ale samo przejście między skałami to praktycznie pionowa ściana. Jeśli akurat męczą Cię skurcze no to masz przerąbane.

Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers

Dodatnia temperatura zdążyła już na tyle roztopić zalegający tam śnieg i lód, że moje buty całkowicie straciły przyczepność na zaproponowanej nawierzchni. Trzy gleby później potoczyłem się ku mecie, od której dzieliło mnie jakieś pięć kilometrów. 

Co ciekawe na ostatnich kilometrach zdecydowanie częściej wyprzedzałem, niż byłem wyprzedzany. Trasa zebrała swoje żniwo i wykończyła nie tylko mnie. Mając przed sobą ostatni kilometr wiedziałem już od jakiegoś czasu, że nie uda się złamać bariery sześciu godzin. Mimo wszystko byłem zadowolony, choć wykrzywiona grymasem bólu i zmęczenia twarz mogła tej radości nie oddawać. Za zakrętem czekało mnie ostatnie podejście. Jakieś dwieście metrów i będzie po wszystkim. Nagle usłyszałem wołanie, a gdy podniosłem głowę i zobaczyłem Olę i mamę. Ta rozmowa telefoniczna na 25-tym kilometrze, do której ostatecznie nie doszło, chyba odbyła się telepatycznie. Przyjechały po mnie. Poczułem wielką ulgę i wdzięczność. 

Rudawy maraton – technikalia

Jeśli chodzi o moje wyposażenie to postawiłem na sprawdzony w bojach sprzęt. Buty to tradycyjnie Hoka One One Speedgoat 2. Nieźle poradziły sobie w zimowych warunkach. Co prawda zaliczyłem kilka wywrotek ale nie oczekiwałem, że w dużym śniegu i na lodzie będę się trzymał jak przyklejony. Mając pod stopami kilkanaście centymetrów śniegowej amortyzacji na pewno można sobie pozwolić na buty z chudszą podeszwą.

Picie, jedzenie i sprzęt obowiązkowy spakowałem w 12-litrową kamizelkę Salomona. Nie jest to najtańsze rozwiązanie ale bardzo komfortowe. Całość wymaganego sprzętu na pewno zmieściłaby się w mniejszą np. 5-litrową kamizelkę.  

Po raz drugi w czasie biegu korzystałem z pomocy kijków biegowych. Ponownie postawiłem na Fizan Compact i po raz kolejny mnie nie zawiodły. Przydały się na podejściach, szczególnie w drugiej części dystansu, gdy nogi powiedziały “game over”.

rudawy maraton – podsumowanie

Organizacyjnie bieg wypadł bardzo dobrze. Z jednej strony to nic dziwnego, w końcu doświadczenie z Chojnika musiało zaprocentować. Z drugiej – trzeba docenić kawał włożonej pracy. Świetnie rozwiązano kwestię oznaczenia trasy. Nie dość, że żółte taśmy wskazywały kierunek biegu, to czerwone zaślepiały pozostałe drogi, w które mógłby się wpakować zmęczony uczestnik. 

Punkty odżywcze były dobrze wyposażone, a wolontariusze bardzo pomocni. Schronisko Szwajcarka mimo małych rozmiarów sprawdziło się jako biuro zawodów. Co prawda podczas odbioru pakietów panował tłok, jednak w mojej ocenie wszystko poszło całkiem sprawnie. Duży podgrzewany namiot blisko startu/mety zawodów również był dobrym pomysłem. 

Rudawy Maraton
fot. Jacek Deneka UltraLovers
Rudawy Maraton
fot. Filip Basara

O klimat i oprawę audio zadbali niestrudzeni: Grzegorz Kmita w roli wodzireja

fot. Piotr Dymus

oraz perkusiści: Bartek Bindel i Tomek Kujawa

fot. Piotr Dymus

Chapeau bas panowie!

Podsumowując – moje odczucia względem biegu są jak najbardziej pozytywne. Rudawy to naprawdę fajne, warte odwiedzenia góry, a trasa Maratonu pozwala się o tym przekonać. Suma przewyższeń sięgająca ponad 2000 m i spora ilość śniegu sprawiły że na pewno nie jest to lekki spacerek. Mnie ta trasa dość mocno zweryfikowała. Trzy dni po biegu okazało się, że podczas zawodów skręciłem lewą kostkę. Szczerze mówiąc nawet nie wiem kiedy to się stało. Tak czy inaczej moje przygotowania do Sztafety Górskiej Solo właśnie zostały skrócone o te kilka tygodni, w czasie których kostka zamieszka w ortezie.

Na ukończenie biegu potrzebowałem 6 godzin 14 minut i 18 sekund. Przełożyło się to na zajęcie 72. miejsca open i 30. w kategorii M-30. Może nie był to mój wymarzony wynik ale nie on był najważniejszy. Zdobyłem kolejne doświadczenie i wzmocniłem czachę, a to dużo istotniejsze w kontekście zbliżających się startów w ultra.

PS.

Po więcej informacji na temat festiwalu zapraszam na stronę organizatora.

Zdjęcia wykorzystane we wpisie w większości pochodzą z facebook’a organizatora, a za ich wykonanie odpowiedzialni są: Jacek Deneka, Piotr Dymus oraz Filip Basara.

 

Niezły bigos

O autorze

zbiegacz

View all posts

Komentowano

  • Pomimo, że zawsze towarzyszą mi z tyłu głowy obawy, czy kondycyjnie i zdrowotnie będzie u Ciebie ok. To jednak będąc tam na miejscu dzieje się jakaś magia. I pomimo, że kibicuję przede wszystkim Tobie, to również kibicuję wszystkim uczestnikom. Jestem pełna podziwu dla Waszej determinacji i siły woli. Każdy z Was jest zwycięzcą, bez względu na miejsce na mecie, bo pokonujecie własne ograniczenia psychiczne i fizyczne. Mam wrażenie, że bieganie daje Wam prawdziwą wolność, oraz czas spędzony z różnymi swoimi uczuciami, na które w tym zabieganym świecie często brakuje czasu i ochoty. Obojętnie, które miejsce zajmujesz, dla mnie jesteś wielki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.