Chojnik Kamienna Trzydziestka

Chojnik Kamienna Trzydziestka – o Ty skur…!

Ta relacja czekała na opublikowanie dobrych kilka miesięcy. Mimo, że od startu minęło sporo czasu to postanowiłem ją jednak zamieścić, bo bieg ten był na swój sposób szczególny i pokazał, że nie zawsze musi być po naszej myśli… ale po kolei.

chojnik kamienna trzydziestka – potrzymaj mi piwo

Start w Chojniku chodził mi po głowie już od zeszłego roku. Największy apetyt miałem na Maraton ale ze względu na udział w Rzeźniku musiałem odrzucić tę opcję. Nie było szans, żebym się optymalnie zregenerował w trzy tygodnie, bo właśnie tyle dzieło w kalendarzu te dwa biegi. Co innego Półmaraton z Górką – na ten dystans powinno wystarczyć sił. Niestety, bieg odbywał się rano a ja o 7 kończyłem pracę. Wtedy pomocną dłoń wyciągnęła do mnie Kamienna Trzydziestka… 

Rafał, zapisz się – powiedziała. Start jest o 16, więc zdążysz się przespać po nocce i odebrać pakiet. To tylko 32 km. No co, nie dasz rady? 

Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo, zapisuję się!

-Świetnie! Zrobię Ci z ryja galaretę… 

-Co takiego? 

-Nic nic, dobrej zabawy.

No i się zapisałem. 32 km to raptem o 3 więcej niż Półmaraton z Górką, a trasa ponoć lżejsza. Co może pójść nie tak? Nic. Albo to, że zamiast planowanych czterech godzin przespałem dwie i czułem się jakby sam Mike Tyson obudził mnie prawym sierpowym… A tam. Zjadłem dwa banany i pojechałem do Cieplic odebrać pakiet. Rozgrzewkę odpuściłem, bo uznałem, że zbędna. No chyba, że liczyć zaniesienie pakietu do samochodu, no to tak – była.

Postałem chwilę na starcie, zdążyłem jeszcze zobaczyć finish kilku ultrasów no i ruszyliśmy. Początek był płaski później lekko pod górkę, po asfalcie. Biegłem za kilkuosobową grupką, która miała walczyć o zwycięstwo. Po 2-3 km czułem, że jak dla mnie jest za szybko, a pierwszy poważniejszy podbieg zdawał się potwierdzać przeczucie, że tzw. dzień konia to mnie raczej ominął szerokim łukiem. No ale tragedii też nic nie zwiastowało. Może i się trochę zasapałem ale nie bardziej niż większość. Poza tym nigdy nie umiałem w podbiegi. Póki co trzymałem się w okolicach drugiej dziesiątki i czekałem aż teren pochyli się w dół. Na zbiegu odrobiłem kilka pozycji, ale mogłem stawiać w ciemno, że z niektórymi jeszcze się spotkamy pod górkę. 

chojnik kamienna trzydziestka – pokomplikowało się

Na rozwidleniach szarfy znaczące trasę były rozmieszczone dość blisko siebie, dzięki czemu wiadomo było gdzie skręcić. I właśnie brak kolejnej szarfy wzbudził mój niepokój w okolicach szóstego kilometra. To był ten moment, gdy nie miałem przed sobą nikogo kto znałby trasę i dla trzyosobowej grupki pechowców stałem się przewodnikiem. Błąd kosztował nas trochę dodatkowych metrów i utratę kilku miejsc w generalce. Za to dobra wiadomość była taka, że znów było z górki, uff. 

Punkt nawadniania przy hucie szkła mimo, że suto zastawiony kryształami nie znalazł mego uznania. Wyjątkowo tego dnia biegłem z kamizelką, w której skitrałem dwa półlitrowe softflaski. Generalnie nie jestem fanem biegania półmaratonów z dodatkowym balastem na plecach, tyle tylko, że to nie był półmaraton ani nawet Półmaraton z Górką a najprawdziwsza Trzydziestka i to nie byle jaka – Kamienna! (+2 do dystansu). Za hutą – gdzie było jeszcze przez chwilę płasko – dały o sobie znać moje braki szybkościowe. No a później to już się żarty skończyły. Podbieg pod Wysoki Kamień ciągnął się jak krówka mordoklejka, a mój wątpliwy zapał, żeby pod górę dać z siebie coś ekstra został skutecznie ugaszony ulewą. Najwyraźniej pogoda uznała, że będzie śmieszniej jak trochę się nad nami popastwi, a przy okazji dołoży swoje trzy grosze do ciężaru mojej kamizelki. Wszak z suchą biegło się zdecydowanie zbyt lekko. 

Człapiąc pod górę i rozmyślając “jak długo jeszcze” uznałem, że niegłupim będzie rzucić okiem na profil trasy rozrysowany na numerze startowym. Bingo! Jeszcze jakieś 2 km i zacznie się dość długi zbieg.

-Nooo, to jestem w domu! 

-Raczej w dupie… 

-Co takiego?

-Nic nic…

Co prawda później był 4-kilometrowy podbieg na Grzybowiec ale przy Wysokim Kamieniu wyglądał jak młodszy brat, więc nim się nie przejmowałem. I słusznie, bo to czym powinienem się martwić zaczęło się wcześniej…

Kilometr, może trochę więcej – tyle trwała moja radość ze zbiegu. Było trochę technicznie, całkiem szybko i znów zyskałem kilka pozycji – no generalnie było fajnie, dopóki… 

CHOJNIK KAMIENNA TRZYDZIESTKA – O TY SKUR…! 

Skurcz? No bez jaj! 

Najpierw prawa łydka (przecież ja nie mam łydek) a po chwili prawa dwójka. No wesoło się zrobiło. Nigdy wcześniej na biegu nie łapały mnie skurcze, a teraz co, bunt na pokładzie? Był dziewiętnasty kilometr, a ja raz po raz czułem jakby niewidzialna ręka przytykała do mego ciała źródło prądu o niskim napięciu. Prawa dwójka, lewa dwójka – zabawa trwała w najlepsze. Dwa kilometry później złapało tak mocno, że w końcu musiałem się zatrzymać. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o zejściu z trasy. Trochę szkoda, jeszcze parę minut temu byłem w pierwszej dziesiątce. Eh…

Nie no jakie zejście, walczymy! Może zaraz mi przejdzie. 

Przejdzie to Ci zaraz ochota do biegania.

-Zamknij się wreszcie! 

Na 23. kilometrze gdy “bohatersko” pokonywałem asfaltowy fragment wzdłuż głównej drogi ze Szklarskiej na Jelenią Górę kolejny silny skurcz złapał w obu łydkach na raz. To co wtedy uskuteczniałem wyglądało tak komicznie, że sam się zacząłem śmiać. Najbliżej temu było chyba do skipu D, czyli popularnych nożyc. Musiałem to chwilę porozciągać a później drewnianym krokiem doturlałem się jakoś kilkaset metrów do punku odżywczego. Myślałem, że poratują mnie jakąś czekoladą albo czymkolwiek z magnezem ale szybko zostałem uświadomiony, że jest już za późno na uratowanie sytuacji.

Łydki w końcu puściły, więc bez zbędnej zwłoki zacząłem podbieg na Grzybowiec… który w moim wykonaniu trwał jakieś dwieście metrów. Tym razem padło na prawy mięsień czworogłowy. Do tego momentu nie wiedziałem, że można mieć tak mocny skurcz. Czwórka napuchła jak balon, a po chwili poszczególne głowy odseparowały się od siebie. 

Gdybym zawsze miał takie nogi…-rozmarzyłem się. 

Zgiąłem nogę w kolanie, żeby rozciągnąć czworogłowy – skurcz ścisnął dwugłowy – znowu wyprostowałem. Nie miałem przy sobie żadnej agrafki żeby wbić w mięsień (ponoć to pomaga) więc zacząłem tłuc pięścią. Wyprzedzały mnie kolejne osoby a ja tak stałem, śmiałem się pod nosem (bo tragizm tej sytuacji mnie bawił) i okładałem udo kolejnymi ciosami. A w międzyczasie ponownie zacząłem się zastanawiać nad zejściem z trasy.

Chojnik Kamienna Trzydziestka – dnf?

To zabawne jak los potrafi z nas zadrwić. Przed trzema tygodniami debiutując na dystansie ultra myślałem, że w tym roku nic gorszego niż tam mnie nie spotka. Tymczasem teraz na trasie ponad dwukrotnie krótszej zapowiadał się mój premierowy DNF (did not finish). Spojrzałem na zegarek – 2:20 z groszami. Limit wynosił sześć godzin, czyli zostało ponad trzy i pół na pokonanie około 9 km – dam radę. Co prawda wyścig się już dla mnie skończył ale postanowiłem, że pierwszego DNF-a zaliczę innym razem. Zacząłem kuśtykać ku mecie idąc i truchtając na przemian wedle harmonogramu kolejnych skurczy.

Gdzieś po drodze zabłądziłem po raz drugi ale to tylko podbiło wartość artystyczną mojego występu. Szczerze mówiąc chyba jeszcze nigdy wcześniej nie dotarłem do mety w tak dobrym humorze. Od momentu gdy wynik przestał się liczyć dałem sobie zielone światło na dobrą zabawę i nic ponad to. Co prawda czas był słaby i spadłem na 31. miejsce ale co się uśmiałem to moje.

Chojnik Kamienna Trzydziestka – tytułem końca

Debiut w Chojniku zapamiętam na długo. Co prawda nie tak go sobie wyobrażałem, ale cóż – nudy nie było 😀 O całym festiwalu nie mogę za wiele napisać, gdyż moja obecność tam ograniczyła się praktycznie do samego startu w biegu. Jakbym miał się do czegoś przyczepić to na pewno do oznaczenia trasy – nie byłem jedynym, który pobłądził. Sama trasa była urozmaicona i wymagająca ale walorami estetycznymi nie rzucała na kolana. Myślę, że następnym razem wezmę się za bary z dłuższym dystansem, który oferuje lepsze widoki. Tym czasem muszę pokornie przyznać, że Kamienna Trzydziestka mnie przerosła. Nie można bez odpowiedniego wypoczynku dobrze pobiec 32 km po górach. A przynajmniej ja nie mogę. 

Po więcej informacji o całym festiwalu kliknij tutaj.

 

 

 

O autorze

zbiegacz

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.