zbiegacz

Trail i trudna sztuka odwlekania treningu

Aby rozwijać się biegowo trzeba posiąść przynajmniej kilka umiejętności. Później trzeba te umiejętności doskonalić i tak naprawdę jest to neverending story, bo proces ten nigdy się nie kończy. Jeśli mogę powiedzieć o sobie, że jakąś umiejętność biegową rozwinąłem w znaczącym stopniu to jest to… trudna sztuka odwlekania treningu. 

Dzień pierwszy: zbiegacz co się zowie

Spieszę w wytłumaczeniem. Korzystając z czterech dni wolnych zaplanowałem następujące treningi: 12-14 km w drugim zakresie/tempie maratońskim, trail w masywie Ślęży (20+km) i jakieś dwa człapanka po 10-14 km. Na papierze wszystko fajnie – jest trail, jest wystarczający kilometraż i jeden szybszy bieg. Miodzio? Tak, z tym, że niekoniecznie. 

Pierwszego dnia wjechało te 14 km. Ehem… może “wjechało” to nie najlepsze określenie, bo sugeruje, że było lekko, łatwo i przyjemnie. Po pięciu kilometrach owszem, zrobiło się całkiem sympatycznie, ale początek to była jakaś mordęga. Nie wiem czy to przez wrocławski smog , czy po prostu taki dzień, ale czułem się jak astmatyk na biegówkach… A nie, przecież oni są w te klocki najlepsi. W każdym razie czułem się nietęgo. Dusiłem się jakbym pierwszy raz po miesięcznym okupowaniu kanapy wyszedł pobiegać. Ale ja nie o tym chciałem…

Pierwszego dnia poślizgałem się pobiegałem, coś tam się nawet porozciągałem i chwilę poudawałem, że się roluję. Z niekłamaną satysfakcją resztę dnia mogłem się opierniczać. Plan został zrealizowany. No w 1/4 bo na horyzoncie majaczyły jeszcze trzy treningi. A ten najfajniejszy i zarazem najbardziej wymagający zaplanowałem na… 

dzień drugi

Zanim o nim wyjaśnijmy sobie najpierw pewną rzecz – trail to jedna z najlepszych aktywności fizycznych jaką można sobie zafundować. Ciężko o coś przyjemniejszego niż bieganie w ładnych okolicznościach przyrody. No i te zbiegi oczywiście, które potrafią dostarczyć naprawdę sporo frajdy. Jednak żeby czerpać tą (tę?) przyjemność z trailu pełnymi garściami trzeba być w gazie. Musisz wstać rano i powiedzieć sobie: “Czuję formę!” Nie wiem, czy to podskórne przeczucie, czy może piwo przy wieczornym meczu rozwinęło u mnie zdolności paranormalne, ale jakoś tak miałem wrażenie, że z tym trailem to nie po drodze mi będzie nazajutrz. Potrzebowałem dobrej wymówki żeby się z tego wymiksować. A ta miała nadejść już niedługo.

zima? TO TY? 

Zima zaskoczyła kierowców, drogowców i… mnie. Mimo, że był trzeci stycznia – czyli kalendarzowa zima jak w mordę strzelił – to jakoś nie spodziewałem się, że we Wrocławiu z dnia na dzień napierdzieli śniegu, temperatura spadnie o 10 stopni, a na drodze zrobi się szklanka. Nie żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało. Komunikacyjny chaos był właśnie tym czego potrzebowałem. Wymówką, którą mogłem usprawiedliwić swoje lenistwo. No i gitara. Zamiast mocować się z górą i jej podbiegami poszedłem poczłapać po Wrocławiu. Trasa ta sama, co dzień wcześniej, z tą różnicą, że tym razem biegłem na skórkach od bananów… 

Okazało się, że moje FuzeX-y ni cholery nie nadają się na ubity śnieg. Równie dobrze mógłbym ten trening robić na rolkach – przyczepność byłaby podobna. Jak to możliwe, że przez półtora roku użytkowania nie zauważyłem, iż te buty nie nadają się na ubity śnieg? Przecież biegałem w nich poprzedniej zimy…

– Nie, nie biegałeś grubasie. 

-Biegałem!

Nie biegałeś.

Faktycznie – nie biegałem… Opierdzielałem się całą zimę. Może gdybym biegał, to bym tym razem założył inne buty i uniknął efektownej wywrotki pod koniec treningu? Cóż, karma wróciła. Przynajmniej było się z czego pośmiać. I tak minął dzień drugi. 

trudna sztuka odwlekania treningu

Problem z odkładaniem czegoś na później polega na tym, że w końcu trzeba to zrobić. Z reguły jakoś samo się nie robi – niestety. W dodatku im dłużej zwlekamy tym bardziej nam się nie chce. Wytrawny leń odkłada to, co musi zrobić na ostatnią chwilę, zaś mistrzowie w swoim fachu znajdują kogoś, kto zrobi robotę za nich. Za mnie niestety nikt treningu nie zrobi, a na wyrównanie rachunków ze Ślężą pozostały dwa dni. Czyli co, czekamy do ostatniego? Nastawienie jest bojowe. Zatem piwko, mecz wieczorem i zobaczymy jutro co na to wszystko pogoda. 

dzień trzeci: jedziemy Z tą ślężą!

Pobudka po siódmej, rzut oka przez okno i co? Drogowcy się spisali. Można jechać z tym koksem. Dwa softflaski z izotonikiem, dwa Day Up-y z Lidla do kamizelki i jestem gotowy. Pamiętacie co pisałem o formie? Jak tylko zobaczyłem Ślężę – ze szczytem schowanym w chmurach – poczułem, że to jest ten dzień. Zniszczę Cię! – pomyślałem. Czułem rządzę mordu, którego miałem dokonać na zboczach góry. 

Zaczęło się niewinnie – od stadionu w Sobótce kilometr z okładem pod górę, później chwilę w dół czarnym szlakiem i znów pod górę. Czwórki jakby zmęczone nieco bardziej niż zwykle. Czyżby dwa wcześniejsze treningi miały mi wyjść bokiem? Człap – człap, noga za nogą, krok za krokiem i w końcu jest – gwóźdź do trumny programu – niebieski szlak na Ślężę. Ambitne plany dobiegnięcia wyżej niż poprzednim razem szybko wzięły w łeb. Żądza mordu też jakby osłabła, a forma uleciała. Zabójczo skuteczny mix liści i śniegu sprawił, że bieg stał się równie niełatwy co wybory moralne w Wiedźminie 3. Po kilkuset metrach sen o potędze się skończył.  Góra wymierzyła mi sierpowego prosto w roześmianą gębę – pierwszy knockdown. 

Swoją drogą jedyne ślady jakie widziałem na niebieskim szlaku prowadziły w dół. Lądowiska dla helikopterów na szczycie nie zauważyłem, zatem ktoś wszedł inną drogą – sprytne. Czyli tylko ja jestem na tyle głupi, żeby pchać się na górę najgorszą trasą. 

radunia

Przemaszerowałem praktycznie całą drugą cześć podejścia na Ślężę i tylko ostatnie sto metrów podbiegłem. Na górze wiatr smagał twarz lodowymi igłami, więc bez zatrzymywania się zabrałem dupę w troki i ruszyłem zbiegiem w stronę Raduni. Do zdobycia tej góry wybrałem – a jakże – niebieski szlak. Mimo iście piknikowego tempa czwórki i achillesy paliły żywym ogniem. Drugi knockdown. 

Powrót z Raduni to w przeważającej części zbieg. Był czas złapać trochę tlenu i osuszyć pierwszego softflaska. Od siedemnastego kilometra miało się okazać, czy zregenerowałem wystarczająco dużo sił, aby po raz drugi zaatakować Ślężę. No cóż, cudów nie ma – czterysta metrów na czerwonym szlaku i góra zwycięża przez KO – walka skończona. Zamiast soli trzeźwiących do stanu używalności ma mnie doprowadzić Day Up o smaku mango. Yummy! 

Resztę podejścia znów muszę pokonać marszem. Za to na szczycie czeka mnie nagroda w postaci zbiegu. Dobry zbieg powinien być jak quest w grach RPG – długi i wymagający. A takich w masywie Ślęży nie brakuje. I choć na podbiegach góra robi mi z nóg galaretę, to właśnie za te techniczne zbiegi ją lubię. Masyw ŚlężyOd lewej: Ślęża, Radunia, Ślęża


Konkluzja jest taka, że czasem chyba lepiej jednak schować wymówkę do szafy, a najtrudniejszy trening zrobić na świeżych nogach. Z drugiej strony, czy to by wiele zmieniło w obliczu warunków jakie zastałem na trasie? Chyba nie. Można powiedzieć, że tym razem wyszło na zero. Odwlekanie treningu to trochę jak gra na loterii – czasem można coś ugrać ale zazwyczaj się traci. Powiedzmy, że tym razem dostałem zwrot zakładu.

 

 

 

O autorze

zbiegacz

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.