XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!

XVI Bieg Rzeźnika – mój debiut w ultra!

W oddali było słychać wrzawę. Jeszcze tylko przemyjemy w rzece ubłocone buty. Jeszcze tylko utaplamy je w błocie ostatni raz. Jeszcze tylko ruleta 360 stopni na śliskiej mazi i podparcie kijkami, żeby się nie przewrócić. Jeszcze tylko…

XVI bieg rzeźnika – DWA DNI WCZEśNIEJ

W Bieszczady przyjechaliśmy dwa dni przed biegiem. Pogoda miała lekką huśtawkę nastrojów ale nie zniechęciło nas to do zwiedzania okolic Cisnej. Szybko dało się zauważyć, że żyzne bieszczadzkie gleby były w ostatnim czasie regularnie zraszane deszczem. A będąc bardziej dokładnym – “w maju lało praktycznie każdego dnia.” Gospodarz przybytku, w którym nocowaliśmy nie musiał nas długo przekonywać, że warunki na trasie będą wyjątkowo niesprzyjające bieganiu.

Cóż z tego. Dwóch herosów w sile wieku przejechało pół kraju, by pokazać, na co ich stać. Nie straszne im błoto, strome podejścia i 80-kilometrowa trasa… Nie, to nie my. Tamci mieszkali obok nas – skrajnie niepodobnych do siebie warunkami fizycznymi smakoszy piwa i whisky. Pierwszy rzekomo w życiowej formie ze swoimi 170-cioma centymetrami wzrostu – przekonany, że mogą pokonać trasę poniżej 12 h. Drugi, mocniejszy z tej dwójki, to prawie dwumetrowy kolos, który przed dwoma tygodniami oddał skok bez telemarku tuż po tym jak siła uderzenia w betonowy słupek wystrzeliła go zza kierownicy Cielaka (tak nazywa swój rower). Poza nadmiarem tkanki tłuszczowej i zamiłowaniem do wspomnianych wcześniej wyrobów zbożowych łączyła nas chęć do poznania bieszczadzkich szlaków.

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
Jakubowy Domek, Majdan koło Cisnej – nasza baza noclegowo-wypadowa

Wieczorem wybraliśmy się na krótką, 6-kilometrową przebieżkę, aby sprawdzić stan biodra, którym Józef zamortyzował swoją rowerową przygodę. Było źle. Na tyle źle, że mój kompan zaczął rozważać znalezienie sobie zastępstwa. Druga opcja przewidywała, że wystartuję sam na krótszym dystansie. Problem polegał na tym, że nie miałem ochoty ani na jedno ani na drugie. Zgoda orgów na zmianę dystansu dzień przed biegiem też była wątpliwa.

xvi bieg rzeźnika – DZIEŃ WCZEŚNIEJ

Być w Bieszczadach i ograniczyć się do samego startu w Rzeźniku? To byłoby nie w naszym stylu. Dlatego dzień poprzedzający bieg minął nam na wędrówce po połoninach: Wetlińskiej i Caryńskiej. Aby zwiedzić obie trzeba sobie zarezerwować kilkanaście godzin i pogodzić się z niemałym wysiłkiem. Podejścia są strome i pokonuje się je dość mozolnie (polecam korzystać z kijków), za to widoki są bajkowe i wynagradzają cały trud z nawiązką.

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
Połonina Caryńska
 
XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
CZARNE KONIE na Połoninie Wetlińskiej
xvi bieg rzeźnika – ultrapoczątek

Po dwóch godzinach snu stoczyliśmy się leniwie z łóżek, żeby zabrać to co do zabrania i poczłapać do Cisnej, gdzie czekał na nas autobus. Wczorajsza wędrówka przyniosła dobrą wiadomość – sytuacja z biodrem nieco się poprawiła.

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
Noc jest ciemna i pełna strachów

Podczas jazdy na start każdy miał swój rytuał. Jedni próbowali dospać jeszcze kilka minut, inni toczyli żywe rozmowy na temat biegu. Każdy na swój własny sposób przeżywał to, co miało się niedługo rozpocząć. A ja? Odgradzając się od przedstartowego zdenerwowania rozmyślałem o tym, że Strefa Ciemnego Nieba w rodzinnych Izerach podoba mi się bardziej niż ta bieszczadzka. Choć jedna i druga jest warta zobaczenia.

Pierwsze kroki po przyjeździe do Komańczy (skąd startował bieg) skierowaliśmy na ubocze, by spokojnie rozruszać kości. Kilka wymachów, chwila rozciągania i byliśmy gotowi na 80 km przygody. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Huk wystrzału oznajmił, że to już. Ultra czas zacząć!

XVI BIEG RZEŹNIKA – CIŚNIEMY DO CISNEJ

Rzeka światła rozlała się całą szerokością drogi. Tempo piknikowe ale takie właśnie miało być na tym etapie. Po 8-kilometrowej rozbiegówce asfaltem dotarliśmy do szlaku. Jak się dało biec – biegliśmy, jak nie – szliśmy. Góra, dół. Góra, dół. Góra, płasko, dół. Krok za krokiem, kilometr za kilometrem. Noc powoli stawała się dniem, a my parliśmy przed siebie oddychając poranną mgłą by po 17-tu kilometrach dotrzeć do Przełęczy Żebrak – pierwszego punku… pomiarowego? WHAT THE FUCK?!

I tu niespodzianka – wbrew naszemu przekonaniu nie był to punkt odżywczy a jedynie pomiar czasu. Trochę słabo, bo Józef zdążył już wydoić cały swój zapas picia. Byliśmy przekonani, że tu zastaniemy wodopój, więc nie oszczędzał. Na szczęście mój silnik potrzebował mniej paliwa i do przepaku w Cisnej na 32. km jakoś dojechaliśmy. Po drodze myślałem, że stawy kolanowe wyjdą mi na wierzch. Zwłaszcza jak zbiegaliśmy, a raczej schodziliśmy trasą dawnego wyciągu orczykowego. Ała! Generalnie każdy zbieg był dla nas raczej zejściem, dzięki czemu uzyskaliśmy następujące efekty:

  • oszczędzaliśmy mięśnie i kontuzjowane biodro (bo mniej wstrząsów),
  • wykańczaliśmy kolana ( bo hamowanie + moja koślawa postawa),
  • traciliśmy co raz więcej do zakładanego wyniku (bo ledwo tuptaliśmy)
  • zachowywaliśmy siły na dłużej (bo mniejszy koszt energetyczny)
  • torturowaliśmy stopy (bo wolniej znaczy dłużej na trasie)

Przepak w Cisnej to w naszym wykonaniu małe mistrzostwo świata. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że doświadczenie w biegach ultra mieliśmy żadne. Nie rozsiadaliśmy się zbytnio i nie marnowaliśmy czasu na rzeczy zbędne. Uzupełniliśmy zapasy picia, zjedliśmy (między innymi pieczone ziemniaczki, na które Józef czaił się od startu) i po kilku minutach ruszyliśmy z kopyta rozkładając po drodze kijki, które wczorajsi my zostawili dzisiejszym nam. Dzięki panowie, przydały się w opór!

XVI BIEG RZEŹNIKA – PRZEPIS NA MAŁE JASŁO

Buty dobrze namocz w rzece. Następnie obtocz je wraz ze stopami aż do kostek w panierce z bieszczadzkiego błota (dowolnego rodzaju, jest ich wiele). Podobnie postępuj z kijkami. Tak przygotowany możesz zacząć smażyć czwórki i łydki na podejściu pod Małe Ja(pier***!!!)sło.

Gdyby nie kijki to spłynąłbym razem z błotem z tej cholernej ściany! I choć mięśnie rozpalały właśnie ognisko w moich nogach, to nie był to kryzys, jeszcze nie. Wyczekiwałem go, będąc pewnym, że dopadnie mnie co najmniej dwukrotnie. Częste picie i jedzenie póki co zdawało egzamin.

Plan był prosty – z każdego punktu wybiegać z litrem izo i ćwiartką coli w softflaskach. Do tego miałem ze sobą orzechy i moje ukochane bomby węglowodanowe w postaci daktyli. Co 10 minut pić, co 15 minut jeść. Tego się trzymaliśmy. Przez jakiś czas… Później te interwały się wydłużyły ale wciąż uzupełnialiśmy energię dość często. Dzięki temu zdobyliśmy w końcu Małe Jasło, a po nim Jasło.

W okolicach 40. km zdałem sobie sprawę, że boli mnie prawa stopa. W sumie nic wielkiego, coś jakbym zdarł kawałek skóry w przedniej części podeszwy. To pewnie pęknięty pęcherz – pomyślałem. Sytuacja do ogarnięcia za 9. km na przepaku w Smereku. A póki co wystarczy, że będę stawał bardziej na pięcie – tak też uczyniłem.

xvi bieg rzeźnika – RZEźNIA POD SMEREKIEM

Punk odżywczy zlokalizowany na 49. kilometrze zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było wszystko czego dusza zapragnie, a wolontariusze otoczyli nas rewelacyjną opieką. Pierwsze co zrobiłem to dałem wylać sobie na głowę kubeł zimnej wody. Co za ulga! Po drugie – jadłem! Wciągałem bułki ze smalcem i solą, pieczone ziemniaki (mmm), pomarańcze i arbuzy. W międzyczasie niezwykle pomocna Rzeźnicka ekipa wolontariuszy uzupełniła moje softflaski.

Przyszła pora obadać co ze stopą. Okazało się, że źródłem bólu był odcisk, który się rozparzył i otworzył. Mały otworek drążony (cholera wie po co) w głąb skóry, który sprawiał co raz większe problemy.

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
Nie wiem czy to jeszcze stopa czy już kalafior

A te nie omijały też Józefa. Kontuzjowane biodro co raz bardziej dawało o sobie znać. Zażyty wcześniej panadol w liczbie kilku dawno przestał działać, a nasze tempo co raz bardziej siadało. Jeśli mieliśmy kontynuować wyścig trzeba było sięgnąć po mocniejszą farmakologię, a także opatrzyć stopę.

Pozbieraliśmy się (tym razem już nie tak szybko jak w Cisnej) i ruszyliśmy w dalszą drogę. No prawie, bo przy wyjściu z punktu musieliśmy odbyć kontrolę wyposażenia obowiązkowego.

Jak wyjście z Cisnej mogę nazwać bardzo ciężkim, tak wyjście ze Smereka było po prostu piekłem. Błoto, błoto i jeszcze więcej błota! No w życiu czegoś takiego nie widziałem. O brnięciu w tym czymś przez kilka kilometrów nie mogło być mowy, więc gdy była sposobność przedzieraliśmy się lasem wzdłuż wyznaczonej trasy. Myślałem, że ten odcinek nigdy się nie skończy. Swoją drogą nie sposób nie docenić sadyzmu osoby, która wytyczyła trasę właśnie tędy. Naprawdę chapeau bas, chylę czoła. 

XVI BIEG RZEŹNIKA – DRUGI ODDECH

Choć nasz czas na tym etapie był daleki od oczekiwanego, to w okolicach 60. km poczułem, że wstąpiła we mnie nowa energia. Możliwe, że po części była to zasługa widoków, których wcześniej trochę mi brakowało na trasie. Stopa zabezpieczona opatrunkiem bolała jakby mniej, a ja nagle miałem tyle pary jakbym dopiero co zaczął wyścig. Czułem, że mimo naszego powolnego tuptania na zbiegach możemy jeszcze wykręcić przyzwoity wynik. Pod warunkiem, że nie pomyliliśmy trasy, a tego od kilku kilometrów wcale nie byliśmy pewni… 

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!

xvi bieg rzeźnika – meta tak (nie)daleko

Na szczęście po paru kolejnych kilometrach okazało się, że biegliśmy zgodnie z trasą i nadal byliśmy w grze. Na ostatnim punkcie w Roztokach Górnych wciąż czułem się dobrze. Na tyle, by mimo usilnych nawoływań Józefa, aby nie szarżować zacząłem wyprzedzać na podejściach kolejne osoby. Pod presją czasu wpadłem w amok, który wyraźnie pchał mnie ku mecie.

Nie wiem czy czułem się tak mocny, czy po prostu odcięło mi zdrowy rozsądek ale postanowiłem popełnić swoiste harakiri i przez ostatnie 13 km nic nie jadłem. Kryzys energetyczny, gość którego tak długo wyczekiwałem, w końcu mnie zaszczycił. Przybył wraz z bólem stopy, jakby na spotkanie starych znajomych. Nawet nie pamiętam momentu, w którym ból tak bardzo przybrał na sile i przeniósł się ze śródstopia nieco niżej. Dotychczasowa taktyka z opieraniem ciężaru ciała na piecie przestała zdawać egzamin. Miałem wrażenie jakby w środek stopy wbił mi się kawałek szkła, który rozcina skórę przy każdym kroku.

Podejścia stały się piekłem, zejścia niemożliwością. Katatonia trwała w najlepsze, a nasze tempo spadło prawie do zera. Mijały nas kolejne pary. Rozpoznawałem ludzi, których zostawiliśmy w tyle dobre dwie godziny temu. Agonia, marazm, beznadzieja… W momencie gdy Józef odżył za sprawą ketonalu ja umierałem przez własną głupotę. To była kara za zuchwalstwo. Za to, że jako żółtodziób nie doceniłem przeciwnika. 80-kilometrowego bydlaka, który bawił się ze mną aż do teraz, tylko po to, by upokorzyć w ostatniej rundzie.

Słaniałem się na nogach, niemal przewracałem na wystających korzeniach. Złamać 12 godzin? Nie byliśmy na to gotowi. 12 i pół? Przepadło już w Cisnej. 13? Może było realne zanim stałem się jednonogim zombie… Już nie chodziło o to, kiedy ukończymy ten bieg ale czy w ogóle do tego dojdzie. Gdy apatia przerodziła się we wściekłość festiwal bluzgów rozpoczął się na dobre. 

To był ten moment, w którym znienawidziłem bieganie. Przeklinałem wszystko na czym świat stoi i obiecałem sobie, że… 

Sprzedam wszystkie pakiety startowe na ten sezon i kończę z tym chorym gównem! Kończę z bieganiem, to nie dla mnie!

Mój stan psychiczny odpowiadał fizycznemu – było bardzo źle. Tak źle, że mając ponad dwie godziny na pokonanie dwóch kilometrów bałem się, że przeze mnie nie zdążymy… 

xvi bieg rzeźnika – z powrotem w cisnej

Wraz ze zbliżaniem się do mety złość i obraza na cały świat ulatywała. Wróciła nawet chęć do biegania i dobry humor. Chyba jednak zostawię te pakiety. To był kolejny etap załamania – ten fajniejszy. Ten w którym masz już wszystko w dupie i śmiejesz się z beznadziejności swojego położenia. Ten, który trwa krótko, a po nim nie ma już nic poza poddaniem się. Trzeba było się śpieszyć. 

Już prawie byliśmy na mecie… W oddali było słychać wrzawę. Jeszcze tylko przemyjemy w rzece ubłocone buty. Jeszcze tylko utaplamy je w błocie ostatni raz. Jeszcze tylko ruleta 360 stopni na śliskiej mazi i podparcie kijkami, żeby się nie przewrócić. Jeszcze tylko pokonamy kilka drewnianych schodków, mostek, zakręt, ostatnią prostą i…

XVI BIEG RZEŹNIKA – JESTEŚMY ULTRA

…udało się! 14 godzin i 12 minut temu stałem na starcie z nadzieją, że będę mógł to powiedzieć – ukończyłem swoje pierwsze ultra! MY ukończyliśmy! Cóż to była za przygoda… Co za szkoła życia. Dostaliśmy więcej niż oczekiwałem, ale nie więcej niż mogliśmy wytrzymać. Cholera, jestem z nas dumny!

XVI Bieg Rzeźnika - mój debiut w ultra!
Ten się nawet nie zmęczył…
xvi bieg rzeźnika – dzień po

Nazajutrz leżeliśmy i nie mogliśmy się ruszać… A gdzie tam! Regeneracja w rzece (zaraz po biegu) i tuptanie na zbiegach sprawiły, że na drugi dzień nic nie bolało i czuliśmy się jak młodzi bogowie. Nawadnianie piwem na pewno też miało w tym swój udział. Muszę przyznać, że sam byłem mocno zaskoczony tym, jak dobrze się czujemy. Zamiast leżeć do góry brzuchami kontynuowaliśmy aktywny wypoczynek i postanowiliśmy pożegnać Bieszczady zdobywając ich najwyższy szczyt – Tarnicę. Gorycz rozstania z tymi pięknymi górami osładzał fakt, że następnego ranka czekała nas podróż przez Słowację, której celem były Tatry Wysokie. To tam miałem nabrać perspektywy do czegoś, co dwa dni temu było marzeniem, a dziś jest faktem – ukończyliśmy Rzeźnika.

xvi bieg rzeźnika – podsumowanie

Na ukończenie całej trasy potrzebowaliśmy ponad dwie godziny więcej niż zakładał nasz ambitny plan. Zbyt ambitny – trzeba to jasno powiedzieć – jak na nasze możliwości i warunki, które zastaliśmy na trasie. Podejścia były sztywne i niezwykle wymagające, ale to zejścia zapamiętam jako najtrudniejsze. Trasa sama w sobie była bardzo ciężka, a horrendalna ilość błota tylko potęgowała skalę trudności. Mimo zwiększenia limitu czasu ofiarą Rzeźnika w tym roku padło niemal 50 % startujących! Takiego pogromu nie było nigdy wcześniej! Tym bardziej cieszy mnie fakt, że wszystkie etapy pokonaliśmy w limitach.

Z ostatniego punktu (w Roztokach) wybiegliśmy na 101. pozycji. Po drodze wyprzedziliśmy jeszcze kilka par, dzięki czemu na moment wskoczyliśmy do pierwszej setki. Niestety kryzys, który mnie później dopadł spowodował, że ostatecznie zajęliśmy 128. miejsce spośród 641 drużyn, które wystartowały. Pełne wyniki i inne informacje o całym festiwalu możecie znaleźć tutaj. A jeśli ciekawi Was geneza naszego startu w Biegu Rzeźnika to odsyłam do tego wpisu.

wnioski
  • aby lepiej wypaść na tak długim biegu na pewno musiałbym zwiększyć objętość treningową
  • taktyka żywieniowa, którą przyjęliśmy na bieg była dobra (70 km bez kryzysu energetycznego!!!) i gdybym od niej nie odstąpił na ostatnim etapie prawdopodobnie całość trasy pokonałbym w niezłym samopoczuciu. 
  • moje stopy nie były gotowe, aby tak długo pozostawać w ruchu, zwłaszcza będąc przemoczonymi. Być może gdybym raz czy dwa zmienił skarpetki na suche pozwoliłoby to uniknąć bólu w końcowej fazie wyścigu
  • trasa biegu nie jest tak ładna jak można oczekiwać po Bieszczadach ale ma swoje momenty. Niemniej polecam przyjechać na cały festiwal i pozwiedzać przynajmniej te miejsca, o których pisałem w relacji
  • bieganie z kijkami robi kolosalną różnice. Wiem, że nie każdy to lubi ale jeśli jeszcze tego nie robiliście to polecam sprawdzić tę opcję
  • podczas biegów ultra w górach im więcej miejsca na palce tym więcej paznokci na mecie – ja się pozbyłem jednego
  • czasem lepiej iść niż biec

 

technikalia

Jeśli chodzi o sprzęt, który towarzyszył mi na trasie XVI Biegu Rzeźnika to Waszej szczególnej uwadze chciałbym polecić:

  • kamizelkę biegową Samolon Advanced Skin 3 pojemność 12l – zmieści wszystko co potrzebne i przylega jak druga skóra, genialny sprzęt wart każdej wydanej złotówki
  • buty Hoka One One Speedgoat 2 – uniwersalne i z dużą amortyzacją, którą docenicie na trasie ultra. Z wad: mogłyby mieć więcej miejsca na paluchy i na tak dużą ilość błota można chcieć głębszego bieżnika
  • kijki biegowe Fizan Compact 4 – te dwa lekkie jak piórko kawałki aluminium kilkukrotnie uratowały mi życie. Chyba najlepszy wybór w swojej klasie cenowej
  • softflaski: 2 x 500 ml Salomon i 1 x 250 ml Kalenji – nie chlupią, nie pleśnieją, nie śmierdzą plastikiem, za to dwa pierwsze idealnie pasują do kamizelki
 
jedzenie i picie
  • 2 x 500 ml izotonika i 250 ml Coca Coli – uzupełniane na każdym punkcie odżywczym
  • ok. 100 gram orzechów włoskich – jako długo przyswajalne paliwo, źródło tłuszczu
  • ok. 150 gram suszonych daktyli – jako shoty energetyczne zażywane często i w małych ilościach, źródło węglowodanów
  • ok. 100 gram suszonych moreli – od czasu do czasu jako coś kwaśnego na przełamanie smaku
  • bułka ze smalcem i solą, pieczone ziemniaki, kawałki pomarańczy i arbuzów – czyli wszystko to co przyciągało mój wzrok i chciwe łapy na punktach odżywczych

 

PODZIĘKOWANIA

Na koniec chciałbym podziękować kilku osobom mocno zaangażowanym w całe przedsięwzięcie zwane XVI Biegiem Rzeźnika.

Dziękuję mojej dziewczynie Oli, która troszczyła się o mnie zarówno przed jak i po biegu, i która jest autorką części zamieszczonych fotografii, a także pierwszą recenzentką moich wpisów. Dziękuję, że mnie wspierasz i motywujesz. Myśl o tym, że czekasz na mnie na mecie dodawała mi sił.

Dziękuję mojej mamie, która śledziła wyniki na żywo i przeżywała to wszystko dużo bardziej niż ja. Mieć takiego kibica to skarb. Medal jest również dla Ciebie.

Dziękuję Józefowi – mojemu staremu kumplowi i “trenerowi”, który pomimo kontuzji podjął się ze mną tego wyzwania. Gdyby nie Ty Rzeźnik nadal byłby tylko marzeniem i choć na trasie nadepnąłeś mnie chyba z milion razy to nie chciałbym tego pobiec z nikim innym.

Dziękuję wolontariuszom Fundacji Biegu Rzeźnika – cichym bohaterom tego wydarzenia. Wasza pomoc była nieoceniona, a na punktach w Smereku i Roztokach Górnych uratowaliście mi życie.

Na koniec dziękuję wszystkim tym, którzy dobrze nam życzyli i trzymali za nas kciuki, a także Wam, którzy dobrnęliście do końca tego przydługiego wpisu. To była prawdziwa przyjemność móc się z Wami podzielić wrażeniami, choć nie potrafię w pełni oddać tego, co przeżyliśmy.

Do następnego!

 

 

 

O autorze

zbiegacz

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.